Angielski. Nauka angielskiego z celem

Angielski

Pamiętam czasy, gdy paszport był „na milicji”. Dostać go można było do ręki tylko wtedy, gdy jechało się na wycieczkę za granicę. Łatwiej było wyjechać do „demoludów” a znacznie, znacznie, znacznie trudniej do KK (krajów kapitalistycznych). Obywatel był przypisany do kraju. Niczym niewolnik. Za niego zdecydowano, że miejsce urodzenia będzie określać gdzie i jak będzie żył. Dla mnie nauka języków obcych oznaczała najwyżej możliwość korzystania z literatury zagranicznej. Angielski był tylko jednym z przedmiotów w szkole.

Wiatr przemian

Symbol wolności

Symbol wolności

Powiał w roku 1989. Zmienił się ustrój.

Kolejny podmuch był w 2004 roku. Polska weszła do UE.

Okazało się, że wystarczy ruszyć w świat i wybrać sobie kraj, w którym chce się uczyć, pracować, żyć na emeryturze. Paszport z orzełkiem można trzymać w domu. Stał się on dla mnie symbolem wolności.

Angielski – kłopoty z językiem

Przeszkody formalne w dowolnym zmienianiu miejsca pobytu zniknęły. Okazało się, że moją kulą u nogi jest komunikacja. Zakres znajomości angielskiego pozwalał mi na to, aby coś przeczytać, zrobić podstawowe zakupy. Zawsze można poprosić „tubylca”, aby mówił nieco wolniej.

Okazało się jednak, że problem ze zrozumieniem niuansów lub osoby mówiącej szybko uniemożliwia np.: uczestnictwo w wycieczce oprowadzanej przez native speakera, degustacji whisky, znalezienie pracy.

Denerwować mnie zaczęło, że nie rozumiem słów piosenek w języku angielskim.

Jeśli coś nie odpowiada, to trzeba to zmienić. Inicjatywę przejęła Kasia…

Zapisaliśmy się na angielski

Wybraliśmy szkołę, która znajduje się kwadrans spacerem od naszego domu. Prowadzone są w niej zajęcia dla par. W grupie jest dwoje kursantów i lektor. Zaletą takiego rozwiązania jest: dostosowanie poziomu zajęć do braków uczniów, dużo okazji do korygowania przez lektora ich błędów.

Wada jest jedna. Po godzinie zajęć jesteśmy strasznie wymęczeni. Przestawienie umysłu na myślenie, rozumienie w języku angielskim kosztuje sporo wysiłku

Motywacja

W szkole i na studiach nauka angielskiego oznaczała konieczność zaliczenia przedmiotu. Teraz, gdy nieznajomość języka oznacza niemożność konkretnych działań, sytuacja jest zgoła inna. Staramy się otoczyć językiem z jak największej liczby stron.

Przełączyliśmy język w smartfonie na angielski… Nawigacja zaczęła do nas mówić w obcym języku. Po jednym dniu przestał być taki obcy :).

Angielski - nazwy na przedmiotach

Angielski – nazwy na przedmiotach

Na przedmiotach w domu przyczepiłiśmy karteczki z ich angielskimi nazwami…

Codziennie wygospodarowujemy mniej więcej godzinę na to, aby odrobić lekcje, powtórzyć materiał z którym mieliśmy problem, posłuchać piosenki w języku angielskim (świetna jest ABBA , ponieważ śpiewają wolno i wyraźnie).

Gdy jest potrzeba to sposób się znajdzie. A najważniejsze, że angielski postrzegany jako umiętność praktyczna wchodzi na naszych głów i w nich zostaje.

Kominek

Kominek

Kominek

Kominek

Lat temu kilkanaście pojechaliśmy na wakacje w Bieszczady. Mieszkaliśmy w oberży, która powstała z przebudowanego sklepu GS-u. Już samo to mówi wiele o sile pasji ludzi, którzy nas gościli.

Na górze były pokoje, za budynkiem stajnia a na dole jadalnia, w której panował niesamowity klimat. Biesiadować można było przy ciężkich stołach z litego drewna a siedzieć na ławach. Na ścianach wisiały obrazy. Pisma do poczytania w oczekiwaniu na zamówioną potrawę znajdowały się w wytartej walizce, która miała kilkadziesiąt lat. Na barze były płaskorzeźby wykonane w drewnie. Na sali, oprócz szykowanych potraw, czuć było delikatne zapachy drewna, wędzonki… Ich źródłem był kominek.

Magiczne miejsce – kominek

Dla osoby mieszkającej całe życie w bloku kominek był miejscem magicznym. Spacery po górach, nawet wykonywane konno, wyciągały z nas energię. Byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Po wejściu na salę szukaliśmy miejsca przy kominku. Jeśli się nie palił, to kelnerka przychodziła i kilkoma zgrabnymi ruchami rozpalała go (nam się nie udawało). Magia ognia działała. Czuliśmy ciepło bijące od paleniska, słyszeliśmy trzask płonącego drewna, wesołe ogniki rzucały na nasze twarze oraz ściany światło, w powietrzu czuć było zapach dymu. Prawdziwa euforia. W nas wstępowała dobra energia.

Marzenia się spełnia

Gdy kilkanaście lat temu zaczęliśmy planować przeniesienie się do własnego domu, pod uwagę braliśmy tylko projekty zawierające… jakżeby inaczej… kominek. Był inny niż w oberży. Z płaszczem wodnym i miał za zadanie wspierać system grzewczy domu.

I co z tego? Przeprowadziliśmy się w lipcu. Naszym ulubionym zajęciem było… palenie w kominku.

Integrował on całą rodzinę. O ile w bloku siedzieliśmy w swoich pokojach i kącikach, o tyle widok palącego się ognia, syk płomieni, trzask szczap, delikatny zach dymu, odczucie ciepła – przyciągały nas.

Gdy zdobyliśmy doświadczenie (nie było o nie trudno, gdy paliliśmy codziennie nawet latem 🙂 ) braliśmy w dłoń polana w drewutni, ważyliśmy je, wąchaliśmy i wiedzieliśmy, które z nich będzie doskonałe na rozpałkę, a które po włożeniu w żar będzie tliło się długo dając ciepło wiele godzin.

Impreza z okazji rocznicy ślubu

Nasza impreza po 31 latach małżeństwa

My w sierpniu 2019 roku

My w sierpniu 2019 roku

13 sierpnia wiele lat temu powiedzieliśmy sobie tak. Sporo rocznic minęło prawie niezauważalnie w natłoku różnych zajęć, ale od 25-tej zaczęliśmy bardziej zwracać uwagę i cieszyć się na kolejne. A nawet planować co zrobimy aby podkreślić szczególność tego dnia. Impreza zasiadana przy stole uginającym się od jedzenia i alkoholu to nie nasza bajka, zdecydowanie wolimy coś mniej oficjalnego. Wybraliśmy zatem nietypowe dla nas spędzenie niedzieli we dwoje.

31 lat minęło …..

31 lat temu...

31 lat temu…

Jak patrzę wstecz to jestem zadziwiona ile rzeczy się działo, ile wspomnień stworzyliśmy, ile etapów w naszym wspólnym życiu przeszliśmy. Coś sobie człowiek wyobraża podejmując decyzję o ślubie, a potem życie weryfikuje te wyobrażenia. Bywało wspaniale, fajnie, beznadziejnie, nijako, wkurzająco, radośnie. Uczyliśmy się siebie nawzajem aż po kilkudziesięciu latach razem odkryliśmy, że coraz bardziej lubimy ze sobą spędzać czas, gadać godzinami, pracować przy sąsiednich biurkach.

 

 

Impreza rocznicowa na rowerach w Warszawie

Rowery miejskie

Rowery miejskie

Zastanowiliśmy się czego nie robimy na co dzień. Wybór padł na wycieczkę rowerową wzdłuż Wisły. Na miejsce startu wybraliśmy Gocław niedaleko Wału, wypożyczyliśmy rowery miejskie Veturilo i ruszyliśmy ścieżką rowerową w stronę, powiedzmy, Otwocka. Ścieżka rowerowa wytyczona jest na wale przeciwpowodziowym i wydawało mi się, że po jednej stronie będzie widać rzekę. Nic z tych rzeczy 🙂

Wisła

Wisła

Rozciągał się ładny widok na łąki, zarośla i drzewa. Zjechaliśmy zatem z wału i dzielnie popedałowaliśmy przez łąkę i zarośla, bo skoro impreza miała być z widokiem na Wisłę, to jedziemy. Okazało się, że od wału przeciwpowodziowego to jakieś 400-500 metrów. Ale warto było bo wylądowaliśmy na pustej piaszczystej plaży nad samą wodą.

Długość trasy dobraliśmy do naszej nie za dużej kondycji. Przejechaliśmy, z przerwami na podziwianie widoków, pobyt nad Wisłą i wzmacniające lody w McDonald, ok. 14-15 km. Było niecodziennie i naprawdę radośnie.

Impreza w restauracji indyjskiej

Po rowerach (wypożyczenie w Warszawie 2 rowerów na trzy godziny to koszt 18 zł) wybraliśmy obiad w restauracji indyjskiej Kalyan na Gocławiu. Byliśmy tam pierwszy raz. Z Internetu dowiedzieliśmy się, że kalyan to w sanskrycie coś pomyślnego i pięknego, czyli w sam raz na rocznicę ślubu. Gotują kucharze pochodzący z Nepalu. Na co dzień jemy głównie rośliny, rzadko drób i ryby. Wybraliśmy zatem (żeby było inaczej niż codziennie) ryż z baraniną, mocno doprawiony, aromatyczny i pikantny. Bardzo nam smakowało, więc na pewno do Kalyan jeszcze wrócimy.

Rocznica ślubu

Rocznica ślubu

Zgodnym głosem uznaliśmy, że impreza z okazji przeżytych wspólnie 31 lat była bardzo udana, dodała nam energii i dobrych nastrojów. I przeżyliśmy ją po swojemu.